• Zaloguj
  • Rejestracja
Charyzmaty-Ewangelizacja-Ekumenizm-Misje
  • Start
  • Czytelnia
  • Zdjęcia
  • TV
  • Audio
  • Kontakt
  • PowerTime
  • Misje
  • CK JPII
  • Intencja
  • O nas
  • Kalendarz
  • Pieśni
  • Iwiczna
  • Stowarzyszenie
  • Wewnętrzne

Najnowsze artykuły

Orędzie Ojca Świętego...
SAKRAMENT POJEDNANIA...
Podsumowanie spotkania z...
Dar Gościnności
Życzenia bożonarodzeniowe...

Najczęściej czytane

ZNAKI CHRZTU
Dążcie do tego co w górze
Wezwanie do pójścia za Panem
CZY SYN CZŁOWIECZY ZNAJDZIE...
Stół słowa Bożego.

Ostatnio komentowane

ORĘDZIE OJCA ŚWIĘTEGO Z...
HISTORIA JEDNEGO POWROTU
Katastrofa samolotu z...
I Komunia Święta to co...

Komentarze

Amen!
w obronie Kościoła...
Miej ich Panie w swojej
Fajny pomysł

Dokumenty

Artykuły
Episkopat
Homilie
Jacek Jureczko
Komentarze do czytań
Nauczania wspólnotowe
Odnowa w Duchu Św.
Świadectwa

Tematy

Aborcja
Biblia
Bóg Ojciec
Bóg, wiara, rozum
Cierpienie, chorzy
Cuda
Dekalog
Dogmaty
Duch Święty
Duchowość
Eutanazja
Filozofia
Grzech
Inne religie
Jan Paweł II
Jezus Chrystus
Kościół
Maryja
Misje
Modlitwa
Moralność
Muzyka, kultura, sztuka
Nawrócenie
New Age
Powołanie
Rodzina, dzieci
Rodzina, małżeństwo
Rozważania, opowiadania
Sakramenty
Seksualność
Sekty
Święci
Szatan, piekło
Tradycja, liturgia
Wyróżnione
Wywiady
Życie wieczne

Kto przegląda

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Skosztujcie i zobaczcie JAK DOBRY JEST PAN!

Adam
2 listopad 2011, środa
Wersja do wydrukuWersja PDF
Autor: 
Gosia

Świadectwo Gosi

Dnia 19.09.2011r. mój syn wracając ze szkoły, ok. godziny 16 został potrącony przez samochód. Jechał rowerem, nie zauważył auta, najprawdopodobniej wtargnął na jezdnię. Nie miał kasku. Początkowo sytuacja wyglądała niegroźnie. 

W nocy konieczna już była operacja. Uraz głowy był na tyle mocny, że zrobił się krwiak, powstało bezpośrednie zagrożenie życia. Mój syn spędził w szpitalu prawie trzy tygodnie. Chcę podzielić się tym, jak Pan Bóg przeprowadził mnie przez ten czas. Opowiem tylko o własnych doświadczeniach. Przeżycia moich bliskich należą do nich i być może oni sami zechcą kiedyś o nich opowiedzieć.

Przede wszystkim - patrząc już z pewnej perspektywy na to, co się wydarzyło, widzę, że Pan Bóg dobrze mnie do tego przygotował. Na kilka sposobów:
1) Od dłuższego już czasu w różnych książkach, które czytałam, pojawiało się ciągle to samo: że Pan Bóg dopuszcza czasami bardzo trudne doświadczenia, ale że On wie, co robi, że trzeba Mu wówczas zaufać, bo On nawet z najtrudniejszych spraw potrafi wyprowadzić dobro.Te słowa bardzo do mnie trafiały i budowały mnie. Znalazłam je m. in. w książkach: "Paschalny deszcz", "Kobieta. Kapłaństwo serca", "Ciało świątynią piękna", "Adamie, gdzie jesteś?". To pozwoliło mi w najtrudniejszych chwilach ( a do takich należała noc z operacją) modlić się słowami: "ufam Bożej dobroci". Nie wiedziałam co będzie. Ale mimo napięcia i stresu miałam mocne poczucie, że pan Bóg ma to wszystko w swoich rekach. Wiem, że to była łaska.
2) Dwa dni przed wypadkiem Pan Bóg dość niespodziewanie zaprosił mnie do konfesjonału. Co prawda, od kilku dni rosło we mnie pragnienie spowiedzi św., ale nie miałam czasu dobrze się przygotować. I tego dnia wyszłam już z kościoła. Ale na szczęście zawróciłam. To była bardzo ważna spowiedź. Otrzymałam na niej wskazówki, które były mi potem przydatne. Teraz zrozumiałam też, że owocem sakramentu pojednania jest nie tylko uzdrawiająca radość z otrzymanego przebaczenia, ale także oczyszczenie tych "łączy", za pomocą których porozumiewamy się z Panem Bogiem, czyli odnowienie naszej wrażliwości na Ducha Świętego. Bez tej wrażliwości być może nie umiałabym dostrzec Bożej obecności w tym doświadczeniu i być może wpadłabym w rozpacz.
3) Wieczór poprzedzający wypadek. Wszyscy już spali, a ja poczułam zachętę do modlitwy. I po tej modlitwie zaczęłam rozmyślać o tym, jak Pan Bóg prowadził mnie przez życie: od łaski wczesnej Komunii świętej, poprzez pewne uzdrowienie fizyczne związane z Eucharystią w okresie nastoletnim, aż do dzisiaj. Zawsze jakoś tak blisko Eucharystii. Wspominałam różne sytuacje z mojego życia ( i miłe i trudne i radosne i bolesne) i widziałam, że On rzeczywiście był i jest tym wszystkim. Miałam także poczucie, że On doskonale wie, co ze mną zrobić i że to robi. Czułam się bardzo bezpieczna. I te refleksje były mi wkrótce umocnieniem.
4) Dzień wypadku - poranna Eucharystia. Ksiądz we wprowadzeniu do Mszy świętej powiedział znamienne słowa, że "Pan Bóg zawsze jest blisko tych, którzy Go miłują". Wracałam potem niejednokrotnie do tych słów i mocno się ich trzymałam, szczególnie w pierwszych dniach.
Ksiądz przeczytał też antyfonę na wejście: "Pan mówi: Ja jestem zbawieniem ludu, w jakimkolwiek ucisku wołać będą do Mnie, Ja ich wysłucham i będę im Panem na wieki." A potem był jeszcze fragment psalmu bardzo dla mnie osobisty, poruszająca modlitwa nad darami i po Komunii Św. Nieczęsto jestem w stanie aż tak pilnie słuchać podczas Eucharystii:) A wtedy wróciłam do domu, pozakreślałam sobie te wszystkie słowa w "Oremusie" i czułam się tak bardzo obdarowana, że aż za bardzo. Próbowałam to jakoś objąć, ogarnąć, ale tego było tak dużo... A po wypadku sięgałam do tych pozakreślanych słów i modlitw. I one również pomagały mi przetrwać trudne chwile.

Analizując to wszystko nie sposób nie przyznać, że zostałam bardzo dobrze przygotowana do tego, co się stało.

O wypadku dowiedziałam się z ust mojego syna przez telefon, który po chwili przekazał lekarzowi. Bo akurat w momencie wypadku przejeżdżał tamtędy lekarz, zatrzymał się, udzielił pierwszej pomocy, wezwał karetkę i powiadomił mnie o wszystkim spokojnie. Tym lekarzem był prof. Godziński, ordynator oddziału, na którym potem leżał mój syn! Trudno o bardziej właściwego człowieka, we właściwym czasie i na właściwym miejscu! Pan profesor znany jest ze swej fachowości, dobrego serca i krótko mówiąc - cieszy się bardzo dobrą sławą!
Początkowo byłam dość spokojna, bo jak wspomniałam nie wyglądało to groźnie. Oczywiście syn pojechał na badania do szpitala. W pewnym momencie jednak - jeszcze zanim stan mojego dziecka tak się pogorszył - ogarnął mnie ogromny lęk i zrozumiałam, że trzeba poprosić o pomoc - o modlitwę. Zanim rozpoczęła sie operacja - za moje dziecko i za nas modliło sie juz bardzo dużo osób.
O tym jak przetrwałam pierwszą noc - już napisałam.
Następnego ranka pojechaliśmy z mężem do szpitala ( ja do tej pory byłam cały czas w domu z dziećmi, a mój mąż wrócił do domu ze szpitala w nocy). Kiedy czekaliśmy pod OIOMem, aż skończy się badanie, znów targał mną niepokój. Wtedy podniosłam głowę  i spojrzałam ponad wejście na OIOM. Wisiał tam duży krzyż. I znów wróciło poczucie Bożej opatrzności. Dziś dziękuję Bogu za ludzi, dzięki którym krzyż ma miejsce w przestrzeni publicznej m. in. w szpitalach. Niejednokrotnie nań spoglądałam, otrzymując umocnienie.
Jednocześnie zaczynało mnie zżerać poczucie winy. Moje dziecko było bez kasku. Przyzwoliłam na to. Gdyby miało kask - pewnie jedynym skutkiem wypadku byłaby złamana noga. Postanowiłam pójść do spowiedzi. I to była bardzo dobra decyzja! Mam nadal świadomość własnej odpowiedzialności, ale z konfesjonału odeszłam wolna od poczucia winy.

Zamówiłam też Mszę Św w intencji mojego dziecka. Wiedziałam, że "tędy droga". Ksiądz, który ją odprawiał, zrozumiał, że stało się coś niedobrego. Poprosił, żeby do zachrystii przyszło 20 osób, chciał utworzyć żywy różaniec i tak podjąć modlitwę za mojego syna. W zachrystii stawiło się, łącznie ze mną, dokładnie 20 osób! Znanych mi i nieznanych.

Trudno przecenić pokrzepienie jakiego doznawałam klękając potem do modlitwy, mając świadomość jak wiele osób modli się z nami i za nas! A wciąż docierały do  mnie także sygnały z przeróżnych środowisk.
Stan mojego dziecka poprawiał się, a chociaż minęło bezpośrednie zagrożenie życia, lekarze nie pozwalali odetchnąć. Mówili, że jeszcze wiele może się zdarzyć. Wybudzanie szło bardzo powoli. Syna odwiedził ksiądz z Panem Jezusem. I moje dziecko w obliczu tej Obecności zmobilizowało się na tyle, że ucięło sobie pogawędkę z księdzem. Nikomu z nas nie udało się wówczas tego osiągnąć. Po wyjściu księdza mój syn wykonał gest, będący jego pierwszą inicjatywą w tej chorobie - pogłaskał mnie po głowie... Pragnęłam w tych dniach uczestniczyć w Eucharystii, bo wiedziałam, że jest to źródło mojej siły i pokoju serca. Czasem rano budziłam się z lękiem, przytłoczona tym, co się stało. Z kościoła wychodziłam już inna. Miałam jednak wątpliwości, bo zastanawiałam się, czy nie powinnam być w tym czasie przy dziecku. I wtedy różne zdarzenia stały się dla mnie potwierdzeniem, że Pan chce mnie mieć na tych Eucharystiach. Np. w dniu, w którym spieszyłam się ze szpitala, bo chciałam pójść do wspomnianej już spowiedzi, znalazłam się bez biletu na Pl.Dominikańskim. Szukałam sprawnego automatu lub kiosku. Szukałam pod ziemią i na jej powierzchni. :) w końcu znalazłam jedyny czynny automat, stanęłam na końcu długiej kolejki. Wtedy podszedł jakiś mężczyzna i powiedział: "Chcecie państwo bilety? Bo u mnie w pracy rozdają za darmo..." Pewnie, że chciałam!
Pojawiały się też osoby, które zawoziły mnie rano po Eucharystii do szpitala i tak nadrabiałam czas, bynajmniej nie stracony! Wiem, że w tym pierwszym i drugim tygodniu ( choć nie tylko wtedy) niosły mnie modlitwy tych wszystkich ludzi. Były dni, kiedy moje serce wypełniała po prostu radość, czułam się jak znieczulona jakimś środkiem. Ludzie, którzy mnie znają dziwili się: "jaka ty jesteś spokojna!" A ja wiedziałam, że to łaska, że to dar...
Widziałam też ból w twarzach innych i rozumiałam, że Pan Bóg mi ujmuje, a rozdaje innym, tym którzy mają współczujące serca. Dlaczego robił to wszystko? Czy ja jestem jakaś niezwykła? Nie, to On jest niezwykły! Ja zupełnie zwyczajna jestem, z wadami, grzechami i słabościami. Moi bliscy wiedza o tym najlepiej. Myślę, że Pan Bóg robił to wszystko, bo tyle osób wstawiało się za moim synem i za całą naszą rodziną. Ja tylko postanowiłam w pewnym momencie swojego życia zaufać Bogu i staram się o to ze wszystkich sił. A On tak właśnie na te starania odpowiada - dobrocią, miłością, czułością. BO JEST DOBRY!
Moje dziecko stopniowo zdrowiało, choć były w tym procesie niepokojące sytuacje - zawsze wtedy prosiłam o modlitwę i otrzymywałam ją wraz ze wsparciem, za co jestem tak bardzo wdzięczna!
Stopniowo jednak zaczynało brakować mi sił fizycznych. Zmęczenie, przemęczenie zaczynało przybierać postać przygnębienia, braku cierpliwości wobec bliskich. I w tych momentach Pan Bóg też dotykał mnie swoją miłością np. przychodził SMS z zapewnieniem, że ktoś nadal się modli, albo ktoś spotkany na ulicy mówił: "byłem dziś na 7 rano na Mszy i ksiądz dalej modli się za Pani syna". To było jak przytulenia przez Pana.
Nad moim biurkiem wisi kalendarz z cytatami na każdy miesiąc. Słowo na wrzesień to: "Nie lękaj się bo cię wykupiłem. Wezwałem po imieniu tyś mój..." Czytałam to co dzień. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze wspólnoty i mówi: " Modliłam się za Ciebie i mam takie słowo..." I mówi mi dokładnie to słowo i dalej jeszcze...
Dzień przed operacją nogi mojego syna, kiedy siedziałam przeziębiona w domu i z wolna ogarniał mnie niepokój, zadzwonił ktoś do drzwi. Mój znajomy z zeszłorocznych porannych Eucharystii właśnie dowiedział się o wypadku, nie znał naszego adresu, zdobył go w przedszkolu:) i przyszedł cały przejęty. Wysłuchał, zaproponował pomoc, dostrzegł widać, że nadrabiam miną i przed wyjściem... pobłogosławił mnie! Znów przyszło umocnienie.
W całym tym czasie zaznaliśmy ogromnej dobroci od wielu ludzi: ktoś ugotował nam obiad, ktoś zrobił zakupy, inny upiekł ciasto, ktoś obdarował moje chore dziecko, ktoś spędził z nim czas w szpitalu, jak my nie mogliśmy, inni opiekowali się najmłodszym dzieckiem, ktoś podrzucił mnie do szpitala, a ktoś inny ze szpitala:)
Pożyczono nam dwa komplety kul, wózek, obcy lekarze dopytywali się o zdrowie mojego syna. Ktoś zgodził się zastąpić mnie w pracy. Dzień w dzień słyszeliśmy pytanie: w czym możemy wam pomóc? Mamy dług wdzięczności, którego pewnie nigdy nie zdołamy spłacić...
Chcę jeszcze podzielić się tym, w jaki sposób dowiedziałam się, że to prof. Godziński udzielił pierwszej pomocy mojemu synowi.

Kierowcą, z którym moje dziecko miało kolizję, jest starszy pan, który wraz z żoną bardzo przeżywał to co się stalo. Pragnieniem tych państwa było odwiedzenie mojego syna w szpitalu, gdy będzie taka możliwość. Pewnego dnia, w ostatnim tygodniu, umówiliśmy się na to spotkanie. Wyczułam, że chcą zobaczyć się także ze mną. Nie rozumiałam dlaczego, ale uszanowałam to pragnienie i uprzedziłam o możliwym spóźnieniu. Przyszli później tak jak ja. Wchodząc po schodach w szpitalu, usłyszałam jak jakiś lekarz opowiada komuś o zdarzeniu, które było bardzo niebezpieczne, ale dobrze się skończyło. A pewną zazdrością słuchałam tych kojących, krzepiących słów. Zanim doszłam do tych osób dotarło do mnie, że mowa jest o ... moim dziecku! Lekarz- prof. Godziński - zaraz poszedł. A ci państwo mówią: "Ten lekarz był pierwszy na miejscu wypadku! On z panią rozmawiał" (nie znali jego nazwiska). Gdybym zlekceważyła pragnienie tych państwa dotyczące spotkania ze mną, być może nigdy nie dowiedziałabym się o tym, bo przez wszystkie dni pan profesor nie pisnął ani słówka na ten temat. Taka Boża lekcja... A spotkanie przyniosło wszystkim radość. A wczoraj mój syn wyszedł ze szpitala!!


Dlaczego postanowiłam opisać to wszystko? Jedną z bezpośrednich przyczyn było wczorajsze spotkanie z pewną osobą, która ze łzami współczucia zapytała:

"Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie rzeczy? Przecież ty jesteś taka wierząca... Nie rozumiem tego..." Opowiedziałam jej w wielkim skrócie jak to wszystko przeżyłam. Później pomyślałam, że opowieść o tym jak Bóg przeprowadził mnie przez to doświadczenie może być pomocna dla innych. Może ktoś przestanie lękać się różnych zagrożeń, widząc, że Pan Bóg dając trudności daje też siłę, pomoc i Swoją miłość na różnorakie sposoby? A może dla kogoś będzie to pociechą w jego trudnej sytuacji? Ne wiem. Czuję tylko, że nie mogę tego przemilczeć.
To nie jest moje pierwsze doświadczenie tego rodzaju. Dwa razy miałam już okazję szczególnie przekonać się, jak może nieść człowieka modlitwa innych. Raz, gdy umierał mój tata, a drugi raz, gdy okazało się, że jednemu z moich dzieci - dwudniowemu noworodkowi - trzeba przetoczyć krew. Płakałam wtedy w słuchawkę przyjaciółce mówiąc: "Ja nawet nie mam sily się modlić!" A ona powiedziała wtedy coś, co zapamiętam do końca życia: "Ty odpoczywaj, cała wspólnota modli się za was!"
Myślę, że moje doświadczenia pokazują, jak wielką moc ma modlitwa i że Kościół to nie jest jakaś sztywna struktura, ale żywe Ciało Chrystusa, pełne ofiarnej miłości. A to ostatnie doświadczenie dowodzi, że aby poznać takie oblicze Kościoła nie trzeba koniecznie należeć do jakiejś wspólnoty. Wystarczy być parafianinem :) Moim ogromnym pragnieniem jest, by także inni ludzie mogli z tego korzystać.
Chwała Bogu za wszystko!
Gosia

********************************

Zdjęcie autorstwa Alsubjacsg pochodzi z serwisu sxc.hu

KATEGORIE:
  • Cierpienie, chorzy
  • Duchowość
  • Rozważania, opowiadania
  • Wyróżnione
  • Świadectwa
  • Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
  • share

Menu

  • Start
  • Czytelnia
  • Zdjęcia
  • TV
  • Audio
  • Kontakt
  • PowerTime
  • Misje
  • CK JPII
  • Intencja

Menu dodatkowe

  • O nas
  • Kalendarz
  • Pieśni
  • Iwiczna
  • Stowarzyszenie
  • Wewnętrzne

O NAS kategorie

O nas
Hallelu Jah co to?
Dodatkowe informacje
25 lecie wspólnoty
Encyklopedia
my hallelujah

O stronie

  • Polityka prywatności
  • Roadmap

Dokumenty

Artykuły
Episkopat
Homilie
Jacek Jureczko
Komentarze do czytań
Nauczania wspólnotowe
Odnowa w Duchu Św.
Świadectwa

Stowarzyszenie

Dokumenty inne
Informacje finansowe
Sprawozdania

Jesteśmy na

  • FaceBook
  • RSS feeds
  • Nasza Klasa
  • Twitter