
„Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła”. Iz 30,15
Nie zawsze jest łatwo pisać o czasach, które minęły. Tyle tego, że nie wiadomo od czego rozpocząć. Pewnie trzeba od samego początku. Nie będę może opisywał historii lat dziecięcych, ale szczególnie chcę zatrzymać się nad czasem mojego bycia we wspólnocie „Hallelu Jah”.
To nie przypadek, że tam się znalazłem, ale takie zwyczajne-niezwyczajne działanie Boże. Przyszedłem na spotkanie i już zostałem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jest taka grupa, że się modlą trochę jakoś inaczej. Minęło już kilka lat. Dokładnie 23.08.1992 świadomie zacząłem przeżywać moją wiarę w Jezusa. Wówczas czytanie Pisma św. zaczęło odgrywać w moim życiu bardzo wiele. Wartościami stały się także Eucharystia i świadomość bycia w Kościele.
Zawsze byłem blisko ołtarza, gdyż służyłem jako ministrant. Już wtedy kształtowało się moje powołanie poprzez kontakt z franciszkanami, wspólne wyjazdy, spotkania. Ale przyszedł czas buntu, niewierności Bogu. Chyba przeżywał coś takiego prawie każdy. Wtedy wydaje się człowiekowi, że tylko on ma racje i - świadomie czy nie - pakuje się w bagno grzechu. Na szczęście Jezus miał inne zamiary co do mnie. Nie pozwolił, abym gdzieś daleko odszedł. Właśnie wtedy trafiłem do wspólnoty, w której znalazłem to, czego szukałem: przyjaźni, spotkań, miłości i samego Boga. Jednak nie zawsze w naszej wspólnocie działo się dobrze. Było wiele podziałów, dylematów w kwestiach wiary, treści teologicznych czy tradycji. Wzrastałem w tym i przyglądałem się wiedząc, że dalej tak być nie może. Ja sam muszę zdecydować się, po której stronie mam stanąć. Podzieliliśmy się do tego stopnia, że musieliśmy wybierać czy trwać w Kościele Katolickim, czy iść drugim nurtem nowej grupy, która pociągnęła za sobą dużą część naszej wspólnoty. Było wiele za i przeciw. Niektórzy z przyjaciół i znajomych przeszli do nowej grupy. Ja zostałem. Wiedziałem, że nie mogę odejść z Kościoła Katolickiego, bo to chyba nie o to chodzi w chrześcijaństwie, aby zmieniać kościoły jak rękawiczki. Widziałem, że jeszcze coś innego Bóg dla mnie przygotował. To było moje powołanie – do kapłaństwa i życia zakonnego. Wiele zawdzięczam mojej wspólnocie, w której wzrastałem. I choć nie zawsze dobrze się działo i słyszałem negatywne słowa o naszej wspólnocie, to jestem przekonany, że dla mnie i dla jeszcze kilku osób, którzy też byli kiedyś we wspólnocie, a teraz są kapłanami albo są w zakonie, czas, który nam Bóg dał przeżyć w tej grupie, ogromnie przyczynił się do decyzji wstąpienia do zakonu. Pozwolę sobie przypomnieć znaną wielu Wiolettę Adach, która razem ze mną wzrastała we wspólnocie, a teraz od kilku już lat jest w zakonie kontemplacyjnym sióstr kapucynek. Czyż to nie wspaniałe?! Ja zostałem franciszkaninem i jestem z tego niezmiernie szczęśliwy, mimo tego, że wielu odradzało mi takiej decyzji. Zapewne nie było łatwo, gdy ktoś słyszy, że jest w sekciarskiej grupie, że nic dobrego z tej grupy nie będzie, że tylko zwodzi innych, że odciąga od Kościoła, że nie kochają Maryi, że... Ale Bóg ma dla każdego plan, przez który każdy z nas osobiście się uświęca i zmierza do nieba. „A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co ja wam powiedziałem”. (J 14, 26). A Duch święty wieje kędy chce....